Fakt, jedzenie z eko sklepów jest drogie, a termin ważności krótki. Wybór jest zdecydowanie większy, niż parę lat temu, ale dalej nie może się równać z tym, co znajduje się na półkach w supermarketach. Czy jednak to prawda, że jest to jedzenie dla wybranych?
Szczerze mówiąc, wątpię. Dlaczego? Znam osoby, które twierdzą, że nie stać je na takie jedzenie (choć stać je na mieszkanie, auto, wakacje spędzają za granicą i bynajmniej, do biednych nie należą...). Wolą one mieć lodówkę pełną produktów kupionych na promocjach. To bez sensu, później i tak część tego jedzenia ląduje w koszu na śmieci. Do tego wiem jak to jest, kiedy człowiek niejako uzależnia się od tych wszystkich chemicznych dodatków, jak glutaminiany i inne. Wtedy zwykłe, naturalne jedzenie nie ma dla niego smaku. Podobnie z cukrem, ciało wchodzi na wyższy poziom - potrzebuje więcej, więcej, i więcej, żeby czuć przyjemność z jedzenia, to działa jak narkotyk! Wiem, mówie to z własnego doświadczenia.
Żeby odżywiać się w stylu eko, najlepiej jest sobie zaplanować co będzie się jadło, zapisać na karteczce i kupić to, czego się potrzebuje, a nie zgarniać z półek wszystko co wpadnie w oko. Inaczej faktycznie, można pójść z torbami.W wielkich sklepach ciężko jest, widząc półki pełne przeróżnych ciastek, czekolad, chipsów, nie skusić się na to czy tamto.
Pamiętam naszą podróż do Japonii. Wygłodniała, wchodzę do sklepu, muszę szybko zjeść coś sycącego..Gdzie są bułki...nie ma?Bagietki?Rogaliki francuskie?..No dobrze, owoce... są, ale w puszce. W większości do wyboru były suszone rybki z orzeszkami, suszone kalamary (takie do rwania, ciamkania, fuj..), ośmiornice. Często wchodziłam do sklepu z pustymi rękami i z takimi też wychodziłam. Żywcem, jak dla mnie nie było co jeść (żywiłam się tam głównie chipsami, to akurat mieli:)). Co ciekawe jednak, to fakt, że dobrze się czułam. Porcje w restaruacjach były jak na nasze warunki po prostu małe (biedny mój mąż i jego brat, ciągle chodzili głodni), co za tym idzie, w ciągu trzech tygodni nie zdarzyło mi się być nażartą. Obiecałam sobie po powrocie też tak żyć, wręcz gardziłam w myślach tymi przepastnymi, wypełnionymi po brzegi sklepami.. *khm, jak się domyślacie, łakomczuch stosunkowo szybko się u mnie znów obudził...
Tak więc nie jest to tylko kwestia pieniędzy, ale i całej filozofii, logistyki, która się za tym kryje. Umiejętność zaplanowania tego, co się zje. Zjadanie tego, co się ma, a nie tego na co akurat ma się ochotę. Jedzenie mniej, ale zdrowiej. Nie zajadania nudy, bo jedzenie stało się dziś jedną z rozrywek. I tu pojawia się pytanie - kogo, no właśnie kogo "stać" na eko jedzenie?
nie dam się, o nie!
* * * Life is what you make of it * * *
Preišči ta spletni dnevnik
nedelja, 10. januar 2016
petek, 8. januar 2016
Czy grozi mi śmierć głodowa? Parę słów o diecie
Tak, to były moje pierwsze myśli. Co ja w ogóle będę jadła? Czy nie umrę z głodu? Dowiedziałam się, że nie mogę jeść:
- mąki pszennej –
czyli białego pieczywa mi nie wolno (w zasadzie zdecydowanej większości
pieczywa, ponieważ okazuje się, że prawie wszędzie jest ona dodawana), makaronów
też nie, podobnie z pizzą
- mleka i
produktów mlecznych (odpada ser biały, twarożki, śmietana, ser żółty, ser mozarella..ba!
mleko w proszku także absolutnie odpada, to ekspresowy twórca wszelakich „grzybozbiorów”;
a co się okazuje, jest w bardzo wielu produktach, od chipsów fromage, przez ciastka,
aż po czekoladę)
- oraz cukru!
Czy w ogóle poza
powyższym istnieje cokolwiek innego do jedzenia? Od dziecka byłam wybiórcza jeśli
chodzi o jedzenie, to był cały mój świat! OMG!
Ale co się
okazało? Jest mnóstwo jedzenia, którego dotychczas nie znałam. Z upływem czasu
moje horyzonty się poszerzają, a preferencje smakowe się zmieniają. Jest więcej
sklepów z ekologiczną żywnością, a co najważniejsze, tam też można znaleźć już
smaczne jedzenie.
Najważniejsze
zasady, których przy diecie należy przestrzegać to:
v
wyłączyć
absolutnie z diety cukier, mąkę pszenną oraz mleko
v
nie jeść dużo owoców,
ograniczyć się najlepiej do jednego owocu sezonowego na dzień. Owoce zawierają
cukier, od samego początku naszych czasów, człowiek nie zjadał tyle cukru, co
współcześnie, stąd myślę też wzięło się tyle chorób, problemów. Dzięki
globalizacji mamy dostęp do owoców, do których w innej sytuacji dostępu byśmy nie
mieli, np. pomarańczy w styczniu (które zresztą pięknie pachną i smakują!).
v
Ni e powinniśmy
jeść minimum na 2h przed spaniem. Nie,
nie chodzi o magazynowany tłuszczyk. Jedzenie nie zdąży być strawione, jelita
idą spać razem z nami. Jedzonko sobie leży i spoczywa, przy okazji gnijąc i
karmiąc grzybki.
v
Mięsa nie powinniśmy jeść częściej, niż dwa razy w tygodniu. Jak to? Mięsko,
samo źródło witamin.. no może dobrych naście lat temu, kiedy to hasało wesoło
po łące, skubało trawkę, smakowało życia. Dziś to przemysł, okrutny i
bezwzględny, zwierzęta spędzają życie w zamknięciu, zniewoleniu, karmione są
tanią i słabą paszą, czy nawet antybiotykami.
v
Przy
stosowaniu diety warto jest dużo pić. Wiadomo,
woda zdrowia doda, ale dodatkowo pomoże także oczyścić organizm, czyszcząc
jelita z pałętających tam się grzybków, zachęcając je do opuszczenia naszych
włości.
v
Chemia
także powinna być ograniczona do minimum. Świat dziś tak wygląda, że wdychamy
smog, wcieramy w siebie chemiczne kremy, malujemy się na twarzy chemikaliami,
psikamy się chemikaliami, pierzemy w chemikaliach, aaaa…. Warto z tego
zrezygnować, no dobrze …ograniczyć do minimum?
No i co? To
koniec? Tylko tyle? Haha, spróbujcie w tym wytrwać..banalnych parę punkcików.
Iść do restauracji i oprzeć się zapachowi pizzy, nie zjeść oglądanego w
witrynie cukierni ciasta…
Na pocieszenie
powiem tak – kiedy już przetrwamy tych parę miesięcy (w moim przypadku były to
maksymalnie dwa miesiące), możemy spróbować stosować się do zasady 80/20.
Chodzi o to, że 80% diety powinno być zdrowe, to wtedy czasem można będzie
sobie pozwolić na mały grzeszek. Ale moim zdaniem jest tu pewna pułapka – mi na
przykład jest o wiele trudniej wytrzymać bez cukru do końca dnia, jeśli zjem choćby
jedną kostkę, niż jakbym jej w ogóle nie tknęła. Oczywiście wiadomo także, że jeśli
już doznajecie skrętu (oj, znam to znam…), zawsze lepiej już zjeść owocka, niż
snickersa!
Good
luck!
četrtek, 7. januar 2016
Zbiór objawów, swędzeń, pieczeń i boleści, czyli jak to się wszystko zaczęło
Dawno, dawno temo... za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żył zarazek z bakteriami.. Prawie dokładnie tak:) Ale już tak całkiem poważnie, jakieś dziesięć lat temu zaczęłam mieć problemy z... ustami!! Pierzchnięcie ust, zaciekłe zajady, które za nic nie chciały zniknąć. Momentami wyglądałam jak klaun, miałam dookoła ust taką czerwoną otoczkę na około jeden centymetr. Nie tylko wyglądało to śmiesznie, ale i niemiłosiernie i nieustannie bolało. Dodatkowo, miałam problemy ze skórą na głowie, była sucha, łuszczyła się.. fuj, ohydne słowo!To były jeszcze miłe złego początki...
Odwiedzałam dermatologów. Działało to na chwilę lub w ogóle nie działało. Później co jakiś czas zdarzały się skomasowane ataki - robiły sie swędzące bąble na skórze na palcach nóg, rąk, a otwarte rany tam gdzie słońce nie dochodzi :) Może oszczędzę Wam 'pikantych szczegółów', było bardzo boleśnie i jeszcze bardziej nieprzyjmnie...
U ginekologa dostawałam grzybobójczą tabletkę - dostawałam, bo to pomagało, ale na pierwszych kilka dni.. potem wyrządzało więcej krzywdy, niż pożytku. Ataki wracały, często mocniejsze, niż poprzednim razem. Nie miałam pojęcia co więc dalej robić, a jeszcze mniej pojęcia miałam nt. tego, że winne było złe jedzenie i być może zażywane tabletki antykoncepcyjne. Dlatego musiało to iść w odstawke!
To dzięki mojej mamie trafiłam na fajnego homeopatę, który mi to uzmysłowił. Spróbowłam, brałam leki homeopatyczne, przede wszystkim jednak dbałam o diete, i pomogło! Łatwo nie było.. dwa miesiące bezlitosnej diety u łakomczucha to nieustanna walka! Ale udalo sie, ataki nie wracały, zajadów nie było, głowa nie bolała, wszystko super! DO czasu.. bo przecież łasuch ponownie wrócił :( jedzenie w restauracjach, na szybko baton miast obiadku, i takie tam małe grzeszki. Gruba nie byłam i nie tyłam nigdy zbytnio, więc fajnie - hulaj dusza, piekła nie ma, moge jeść co chcę !!
No..niestety nie. Zaczeły się problemy ze zdrowiem, ciągłe chorowanie, gardło często przeziębione, bóle stawów dłoni,nadgarstków, palcy, powiększone węzły chłonne. W tamtym czasie miałam konia,i psa, zima, dużo czasu spędzałam na zewnątrz (żeby uniknąć konfliktu ani nie na dworze,Łodzianie, ani nie na polu, Krakowiacy).Myślałam, że to z tego powodu.Czyszczenia konia, siodłanie,praca z ziemi, a potem jazda w zimowych temperaturach to nie taka prosta sprawa..
Mój dziadziuś miał chłonniaka, więc przestraszyłam się,że to może coś w tym kierunku. A jednak nie. Diagnozę, po półtora roku badań oraz odbijania się od różnych specjalistów, wydał lekarz o specjalizacji hematolog. Badania Ana1, 2 i 3 było tutaj kluczowe.
Tak oto prawie dziesięcioletnią historię zamknęłam w paru zdaniach. Ale jeśli i Wam przydażyło się coś z powyżsych perypetii, albo i więcej niż jedno, pomyślcie. Może i dla Was nadszedł czas na zmiany, bo powiedzenie 'jesteś tym co jesz jest' ma w sobie wiele prawdy!
Odwiedzałam dermatologów. Działało to na chwilę lub w ogóle nie działało. Później co jakiś czas zdarzały się skomasowane ataki - robiły sie swędzące bąble na skórze na palcach nóg, rąk, a otwarte rany tam gdzie słońce nie dochodzi :) Może oszczędzę Wam 'pikantych szczegółów', było bardzo boleśnie i jeszcze bardziej nieprzyjmnie...
U ginekologa dostawałam grzybobójczą tabletkę - dostawałam, bo to pomagało, ale na pierwszych kilka dni.. potem wyrządzało więcej krzywdy, niż pożytku. Ataki wracały, często mocniejsze, niż poprzednim razem. Nie miałam pojęcia co więc dalej robić, a jeszcze mniej pojęcia miałam nt. tego, że winne było złe jedzenie i być może zażywane tabletki antykoncepcyjne. Dlatego musiało to iść w odstawke!
To dzięki mojej mamie trafiłam na fajnego homeopatę, który mi to uzmysłowił. Spróbowłam, brałam leki homeopatyczne, przede wszystkim jednak dbałam o diete, i pomogło! Łatwo nie było.. dwa miesiące bezlitosnej diety u łakomczucha to nieustanna walka! Ale udalo sie, ataki nie wracały, zajadów nie było, głowa nie bolała, wszystko super! DO czasu.. bo przecież łasuch ponownie wrócił :( jedzenie w restauracjach, na szybko baton miast obiadku, i takie tam małe grzeszki. Gruba nie byłam i nie tyłam nigdy zbytnio, więc fajnie - hulaj dusza, piekła nie ma, moge jeść co chcę !!
No..niestety nie. Zaczeły się problemy ze zdrowiem, ciągłe chorowanie, gardło często przeziębione, bóle stawów dłoni,nadgarstków, palcy, powiększone węzły chłonne. W tamtym czasie miałam konia,i psa, zima, dużo czasu spędzałam na zewnątrz (żeby uniknąć konfliktu ani nie na dworze,Łodzianie, ani nie na polu, Krakowiacy).Myślałam, że to z tego powodu.Czyszczenia konia, siodłanie,praca z ziemi, a potem jazda w zimowych temperaturach to nie taka prosta sprawa..
Mój dziadziuś miał chłonniaka, więc przestraszyłam się,że to może coś w tym kierunku. A jednak nie. Diagnozę, po półtora roku badań oraz odbijania się od różnych specjalistów, wydał lekarz o specjalizacji hematolog. Badania Ana1, 2 i 3 było tutaj kluczowe.
Tak oto prawie dziesięcioletnią historię zamknęłam w paru zdaniach. Ale jeśli i Wam przydażyło się coś z powyżsych perypetii, albo i więcej niż jedno, pomyślcie. Może i dla Was nadszedł czas na zmiany, bo powiedzenie 'jesteś tym co jesz jest' ma w sobie wiele prawdy!
Niekonwencjonalnie, banalnie, dietą - ale dlaczego?
Odpowiedz jest prosta – bo NIESZKODLWIE.
Jakiś czas już walczyłam z powiększonymi węzłami chłonnymi w
okolicach policzków, szyi, coś nie mogłam wyjść z choroby. Po wielu wizytach
(szczegóły i historia bardziej dokładna będzie w innym poście o tu) u lekarzy
laryngologów, internistów, trafiłam do hematologa, który zaczął podejrzewać co
jest grane. Po badaniach krwi wszystko było już jasne, miałam ogromne miano
przeciwciał typu Ro i La (btw. to ten sam
typ przeciwciał co w toczniu brrr...), musiałam więc udać sie do immunloga.
Chyba nigdy nie zapomnę tej wizyty.. tam, można by
powiedzieć, mój świat – na chwilę – się skończył !! Przy takiej ilości
przeciwciał ja wkrótce moge umrzeć!! (aha, tak przy okazji żyje nadal J bez brania leków..), powiedział
pan doktor, notabene wygooglowany jako świetny specjalista. Na wizytę poszłam z
mężem, żeby nie musieć mu później wszystkiego relacjonować. Z tak wysoką
ilością przeciwciał niedługo mój organizm przestanie funkcjonować, zostaną
zniszczone ślinianki, płuca, nerki, bez sterydów, immunosupresantów będzie kiepsko.
Ciąża ?? W tym stanie?? Nie ma absolutnie takiej możliwości, zabije pani siebie
i dziecko. Pokornie, prosto po wizycie udaliśmy się do apteki, zrealizować
receptę.. Jak się domyślacie, wyszłam z siatką !! leków, które miałam brać
natychmiast. Do tego co dwa tygodnie miałam kontrolować krew, bo to bardzo
silne leki były – tak, dla bezpieczeństwa.
Brr...jakże inaczej mogłoby wyglądać moje życie dziś, gdybym
posłuchała???
Wbrew temu, co mówił pan doktor, zaszłam w ciążę.
Oczywiście, miałam jeszcze inne konsultacje (więcej szczegółów tu), a dziś córeczka
jest zdrowa. Sterydy mogły mocno uszkodzić nadnercza, a później mogłaby
polecieć cała gospodarka homronalna. Wtedy zajście w ciąże mogłoby okazać się
nie tak łatwe!
Oczywiście, każdy ma swoje zdanie, intuicję i przekonania.
To nie jest tak, że ja mówię ‘nigdy przenigdy nie łyknę tego sztucznego
świnstwa’. Wiem, że jeśli będzie coraz gorzej, to będe musiała zaczać działać
ostrzej. I być może uratuje mi to życie. Po prostu postaram się do takiej
sytuacji nie doprawdzić, by możliwie najdłużej cieszyć sie dobrą formą, ciałem
i życiem.
sreda, 6. januar 2016
O czym, po co i dlaczego właśnie teraz
Tak, nazwa bloga to zawsze frapująca sprawa. Musi być łatwa
do zapamiętania, niepowtarzalna,
ciekawa, śmieszna, itd., itp., ... no to nie dam sie! Bo damą nie jestem, oj
daleko mi do niej...Ale nie o to tutaj chodzi. Ten blog będzie moją walką -
spróbuje nie dać się pokonać łakomstwu, które włada moim życiem. I bynajmniej,
nie chodzi mi o dietę dla celów estetycznych, tylko, niestety, zdrowotnych.
Mniej wiecej dwa lata temu zdiagnozowano u mnie zespół Sjogrena. Nie wiem kiedy
dokładnie to się zaczęło, kiedy dolegliwości przeszły w chorobę lub były już
objawami choroby...dlatego opiszę po kolei co działo sie z moim ciałem. Oj nie,
nie będzie strasznie. Spokojnie. Nie było żadnej tragedii, tylko taki mały
kamyczek w bucie – zajady, problemy ze skóra na głowie, spierznięte usta...ale
o tym w innym poście. Po prostu drobnostki, których nie należało ignorować,
traktować jako odrębne pojedyncze historie, a jako całość i jeden problem.
Polecę Wam pare mądrych książek, przepisów, podrzucę linki nt. samej choroby i
będę dzielić się ogólnie zdobytą wiedzą.
Nie chciałam pisać bloga, bo robią to już wszyscy. Blog na
temat wiązania krawatów, parzenia kawy, mycia zębów, skaładania origami,
porannych myśli, złych snów...są ich tysiące, jeśli nie miliony w Polsce. Ale
być może jakaś zbłąkana ‘sjogrenowska dusza’,
szukająca pomocy lub kogoś do porozmawiania, ktoś, kto właśnie dostał diagnozę
trafi tu i razem będzie nam raźniej. Być może też zainteresowane blogiem będą
osoby z ‘naszych kręgów’ chorób autoagresywnych i znajdą tu natchnienie dla
siebie. Raczej nie będę starała się dotrzeć do ludzi, którym zdrowie dopisuje.
Niestety, nie raz
ze względu na swoje podejście do jedzenia byłam przez nich wyśmiewana -nie to,
że się tym bardzo przejmuję, ich sprawa, ich ciało i ich życie. Z doświadczenia
już wiem, że dopóki wszystko jest w porządku (to oczywiście pojęcie względne,
zależy czy nadwaga, zgaga, bóle żołądka i temu podobne można za takie uznać..),
to nikogo-przepraszam, zdecydowaną większość, nie interesuje dieta. Sama
zresztą na początku swojej drogi, nim nie spróbowałam z despreacji, nie bardzo
w to wierzyłam.
I tu znowu powraca nieszczęsny temat łakomstwa;) Dlaczego
teraz? Ostatnie pół roku gwizdałam na dietę. Przeprowadziliśmy się z mężem poza
miasto. W okolicy robią przeeepyszneee burgery. Jakże łatwo jest wziąc telefon
do ręki, zamówić burgera z grilowanym mięskiem i pieczoną lokalnie bułką?!
Mmmm...A nie stać przy garach dwie godziny i jeszcze potem zjeść wszystko w 10
minut i godzinę sprzątać. Szkoda życia! Niestety, to nie jest droga dla mnie.
Moje ciało znów mówi dość. Nawet nie bardzo moge to kolejny raz zignorować, bo
tak mi dopiekło... Dwie doby gorączki 39+,ból głowy, dreszcze takie, że cała
skóra boli, ból i ropień w piersi (bo jestem mamą karmiącą – był to także jeden
z pretekstów do niestosowania diety.. na pewno muszę to zjeść, bo potrzebuję,
ciało woła! i ten ciągły wilczy apetyt..). Po pierwszej dobie do zestawu
doszedł bardzo silny ból gardła, być może angina, od drugiej doby włączony
antybiotyk (już wiem z doświadczenia co
ten cudowny lek poczyni w moich jelitach..) oraz ból slinianki tak silny, że
byłam przekonana o ewentualnym zapaleniu ucha. Kiedy to po dwóch dniach
gorączka odpuściła, rano na ustach powitało mnie pięć opryszczek ( !!! rekord
świata ??). Pytanie – jak pozostać obojetnym wobec tak zacnego zestawu? Chyba
się nie da.. Ja nie potrafię. Choć już wiem jak ciężko będzie się oprzeć pewnym
rzeczom jak wyzdrowieje i zdaje sobie sprawę, że będzie to niełatwa i
niesprawiedliwa walka !!! Bye bye czekolada, bye bye cukier, bye bye mąka, bye
bye mleko i moje ulubione cappuccino...
Naročite se na:
Komentarji (Atom)


