Preišči ta spletni dnevnik

nedelja, 10. januar 2016

Kogo "stać" na eko jedzenie?

Fakt, jedzenie z eko sklepów jest drogie, a termin ważności krótki. Wybór jest zdecydowanie większy, niż parę lat temu, ale dalej nie może się równać z tym, co znajduje się na półkach w supermarketach. Czy jednak to prawda, że jest to jedzenie dla wybranych?

Szczerze mówiąc, wątpię. Dlaczego? Znam osoby, które twierdzą, że nie stać je na takie jedzenie (choć stać je na mieszkanie, auto, wakacje spędzają za granicą i bynajmniej, do biednych nie należą...). Wolą one mieć lodówkę pełną produktów kupionych na promocjach. To bez sensu, później i tak część tego jedzenia ląduje w koszu na śmieci. Do tego wiem jak to jest, kiedy człowiek niejako uzależnia się od tych wszystkich chemicznych dodatków, jak glutaminiany i inne. Wtedy zwykłe, naturalne jedzenie nie ma dla niego smaku. Podobnie z cukrem, ciało wchodzi na wyższy poziom - potrzebuje więcej, więcej, i więcej, żeby czuć przyjemność z jedzenia, to działa jak narkotyk! Wiem, mówie to z własnego doświadczenia.

Żeby odżywiać się w stylu eko, najlepiej jest sobie zaplanować co będzie się jadło, zapisać na karteczce i kupić to, czego się potrzebuje, a nie zgarniać z półek wszystko co wpadnie w oko. Inaczej faktycznie, można pójść z torbami.W wielkich sklepach ciężko jest, widząc półki pełne przeróżnych ciastek, czekolad, chipsów, nie skusić się na to czy tamto.
Pamiętam naszą podróż do Japonii. Wygłodniała, wchodzę do sklepu, muszę szybko zjeść coś sycącego..Gdzie są bułki...nie ma?Bagietki?Rogaliki francuskie?..No dobrze, owoce... są, ale w puszce. W większości do wyboru były suszone rybki z orzeszkami, suszone kalamary (takie do rwania, ciamkania, fuj..), ośmiornice. Często wchodziłam do sklepu z pustymi rękami i z takimi też wychodziłam. Żywcem, jak dla mnie nie było co jeść (żywiłam się tam głównie chipsami, to akurat mieli:)). Co ciekawe jednak, to fakt, że dobrze się czułam. Porcje  w restaruacjach były jak na nasze warunki po prostu małe (biedny mój mąż i jego brat, ciągle chodzili głodni), co za tym idzie, w ciągu trzech tygodni nie zdarzyło mi się być nażartą. Obiecałam sobie po powrocie też tak żyć, wręcz gardziłam w myślach tymi przepastnymi, wypełnionymi po brzegi sklepami.. *khm, jak się domyślacie, łakomczuch stosunkowo szybko się u mnie znów obudził...

Tak więc nie jest to tylko kwestia pieniędzy, ale i całej filozofii, logistyki, która się za tym kryje. Umiejętność zaplanowania tego, co się zje. Zjadanie tego, co się ma, a nie tego na co akurat ma się ochotę. Jedzenie mniej, ale zdrowiej. Nie zajadania nudy, bo jedzenie stało się dziś jedną z rozrywek. I tu pojawia się pytanie - kogo, no właśnie kogo "stać" na eko jedzenie?



Ni komentarjev:

Objavite komentar