Dawno, dawno temo... za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żył zarazek z bakteriami.. Prawie dokładnie tak:) Ale już tak całkiem poważnie, jakieś dziesięć lat temu zaczęłam mieć problemy z... ustami!! Pierzchnięcie ust, zaciekłe zajady, które za nic nie chciały zniknąć. Momentami wyglądałam jak klaun, miałam dookoła ust taką czerwoną otoczkę na około jeden centymetr. Nie tylko wyglądało to śmiesznie, ale i niemiłosiernie i nieustannie bolało. Dodatkowo, miałam problemy ze skórą na głowie, była sucha, łuszczyła się.. fuj, ohydne słowo!To były jeszcze miłe złego początki...
Odwiedzałam dermatologów. Działało to na chwilę lub w ogóle nie działało. Później co jakiś czas zdarzały się skomasowane ataki - robiły sie swędzące bąble na skórze na palcach nóg, rąk, a otwarte rany tam gdzie słońce nie dochodzi :) Może oszczędzę Wam 'pikantych szczegółów', było bardzo boleśnie i jeszcze bardziej nieprzyjmnie...
U ginekologa dostawałam grzybobójczą tabletkę - dostawałam, bo to pomagało, ale na pierwszych kilka dni.. potem wyrządzało więcej krzywdy, niż pożytku. Ataki wracały, często mocniejsze, niż poprzednim razem. Nie miałam pojęcia co więc dalej robić, a jeszcze mniej pojęcia miałam nt. tego, że winne było złe jedzenie i być może zażywane tabletki antykoncepcyjne. Dlatego musiało to iść w odstawke!
To dzięki mojej mamie trafiłam na fajnego homeopatę, który mi to uzmysłowił. Spróbowłam, brałam leki homeopatyczne, przede wszystkim jednak dbałam o diete, i pomogło! Łatwo nie było.. dwa miesiące bezlitosnej diety u łakomczucha to nieustanna walka! Ale udalo sie, ataki nie wracały, zajadów nie było, głowa nie bolała, wszystko super! DO czasu.. bo przecież łasuch ponownie wrócił :( jedzenie w restauracjach, na szybko baton miast obiadku, i takie tam małe grzeszki. Gruba nie byłam i nie tyłam nigdy zbytnio, więc fajnie - hulaj dusza, piekła nie ma, moge jeść co chcę !!
No..niestety nie. Zaczeły się problemy ze zdrowiem, ciągłe chorowanie, gardło często przeziębione, bóle stawów dłoni,nadgarstków, palcy, powiększone węzły chłonne. W tamtym czasie miałam konia,i psa, zima, dużo czasu spędzałam na zewnątrz (żeby uniknąć konfliktu ani nie na dworze,Łodzianie, ani nie na polu, Krakowiacy).Myślałam, że to z tego powodu.Czyszczenia konia, siodłanie,praca z ziemi, a potem jazda w zimowych temperaturach to nie taka prosta sprawa..
Mój dziadziuś miał chłonniaka, więc przestraszyłam się,że to może coś w tym kierunku. A jednak nie. Diagnozę, po półtora roku badań oraz odbijania się od różnych specjalistów, wydał lekarz o specjalizacji hematolog. Badania Ana1, 2 i 3 było tutaj kluczowe.
Tak oto prawie dziesięcioletnią historię zamknęłam w paru zdaniach. Ale jeśli i Wam przydażyło się coś z powyżsych perypetii, albo i więcej niż jedno, pomyślcie. Może i dla Was nadszedł czas na zmiany, bo powiedzenie 'jesteś tym co jesz jest' ma w sobie wiele prawdy!
Ni komentarjev:
Objavite komentar